piątek, 22 lipca 2016

Nie jestem wariatką

Świat ulega zniszczeniu. Ludzie głodują, a na ich biedzie zyskuje Komitet Odnowy.

Julia Ferrars jest siedemnastoletnią dziewczyną, która została zamknięta w zakładzie dla obłąkanych. Samotnie spędziła tu dokładnie 264 dni, ale pewnego poranka dowiedziała się, że przydzielają jej do celi współlokatora. Julia nie wie, co
o tym myśleć i kiedy widzi, że więzień współlokator jest mężczyzną, jest prawie pewna, że Oni chcą, aby zwariowała.
Od razu rozpoznaje w chłopaku swą dawną miłość- Adama Kenta. Sądzi, że on jej nie pamięta, lecz niedługo po ich pierwszym spotkaniu przekonuje się, że była w błędzie.

Adam jest jej jedyną nadzieją na wyrwanie się z okrutnych ramion Komitetu Odnowy, któremu stoi na czele Warner, pragnący wykorzystać dotychczasowe przekleństwo Julii jako swoją najskuteczniejszą i najniebezpieczniejszą broń, mogącą zapewnić mu zawładnięcie światem. Jednak dziewczyna po raz pierwszy postanawia się zbuntować i żyć tak, jak sama chce. Zwłaszcza, że wreszcie zobaczyła ptaka. Jest biały, ze złotymi prążkami na głowie, przypominającymi koronę. On lata.
To Adam.


Dotyk Julii to debiutancka powieść Tahereh Mafi. Jej fabuła osadzona jest w dystopii, której jedynym światełkiem w tunelu na odrodzenie jest Julia- dziewczyna, mogąca odmienić losy upadającego coraz szybciej świata. Tahereh Mafi nie stworzyła niczego nowego, co nie istniałoby wcześniej. Powieliła tylko sam konspekt tego typu powieści młodzieżowych: dystopia,
której ocalenie może zapewnić jedynie dziewczyna obdarzona jakąś niesamowitą mocą; w trakcie trwania fabuły owa panna zakocha tak nieszczęśliwie, że powstanie trójkąt miłosny, trwający aż do końca historii. Brzmi to jak odgrzewana woda, prawda? Jednak coś sprawiło, że autorka podbiła serca wielu czytelników na całym świecie. W tym po części i moje. Choć podbicie nie jest równoznaczne z zawładnięciem.

W książce szczególnie spodobały mi się metafory, które mimo swojej częstej górnolotności i groteskowości idealnie oddają stan psychiczny głównej bohaterki, co w następstwie przedkłada się na nasze osobiste wyobrażenie jej postaci. Sami bohaterowie są nieskomplikowani, a ich następne zachowania możemy łatwo odgadnąć. Tahreh Mafi stworzyła w ich osobowościach także pozory jednoznacznego dobra albo zła, jednak są one zachowane tylko i wyłącznie w pierwszej części (wybaczcie mi za ten spoiler, ale przeczytałam całą trylogię :c), więc nie zrażajcie się od razu :)

Co jest jeszcze na plus według mnie? Szybka i wciągająca akcja fabuły, która nie zostawia czytelnika w odmętach nudy
i senności, a sprawia, że przenosi się w te same miejsca, co bohaterowie i pozwala nam stawać się świadkami ich przygód dosłownie. Na ten efekt przekłada się również nieskomplikowany niczym język powieści. Klimatu dodają także przekreślone słowa, oznaczające w moim odczuciu prawdę i własne obawy, jakie stara się ukryć Julia przed światem
i przed samą sobą.

Reasumując... Dotyk Julii może nie jest najbardziej wybitną powieścią, jednak zawiera w sobie coś, co hipnotyzuje. Książka miejscami może wzruszać (choć ja takich objawów nie miałam), miejscami bawić, ale zawiera w sobie przede wszystkim coś pouczającego, coś, z czego możemy wysnuć własne wyobrażenia i wnioski, a każdy będzie zaczerpnięty
z innego elementu utworu pani Mafi. Jak wspomniałam wcześniej: nie powinniście oczekiwać od Dotyku Julii niczego zaskakującego, ponieważ historia panny Ferrars jest bazowana na starym i utartym schemacie. Możecie za to oczekiwać czegoś, co Was wciągnie do tego stopnia, że przeczytacie to jednym tchem. Z jakimi wrażeniami? To już pozostawiam
do ocenienia każdemu indywidualnie :)

Zostałam przeklęta. Mam niezwykły dar. 
Jestem potworem. Mam nadludzką moc.
Jestem narzędziem zniszczenia. Będę walczyć o miłość.

sobota, 9 lipca 2016

MÓJ WIELKI POWRÓT

Witam Was wszystkich, Kochani,
Wiem że z chęcią mi coś zrobicie zanim się usprawiedliwię, ale przepraszam i błagam, najpierw mnie wysłuchajcie.
No więc... Wróciłam po dwóch miesiącach praktycznie kompletnego nie czytania książek. Powód? Czerwiec spłynął na poprawkach, a zaraz po zakończeniu roku szkolnego spieszyłam się na pociąg i wróciłam wczoraj. Podczas mojego wyjazdu nie miałam czasu czytać (wiem, już mogę kopać sobie grób i będę na zawsze potępiona, ale taka prawda- nie miałam czasu). Ale jako nagrodę pocieszenia dla Was już ustaliłam sobie książki, które Wam przedstawię z jak najlepszej (mam nadzieję) strony:)

Jacek Komuda - Hubal
Jane Austen- Duma i uprzedzenie
Tahereh Mafi - Dotyk Julii
Sarah J. Maas - Szklany Tron




Kate Atkinson- Jej wszystkie życia
Agata Christie - Dlaczego nie Evans?




Elizabeth Gaskell - Panie z Cranford, Północ i Południe

Mam nadzieję, że w wypadku recenzji tak cudownych książek mi wybaczycie. A teraz kłaniam się uniżenie i uciekam czytać:)

Każdy z Książkoholików kojarzy wattpada, jeśli go nawet nie ma. Mój dzisiejszy post nie będzie poświęcony kolejnej recenzji, ale właśnie temu portalowi. Więc zacznijmy od pytania, czym w ogóle jest wattpad?
Na moje wattpad to portal, w którym możemy poznać opowiadania innych użytkowników. Rosyjska ruletka występuje i w tym przypadku: możemy natrafić na coś genialnego albo na coś beznadziejnego. Głównie zgromadzona jest tam młodzież, więc najwięcej opowieści znajdziemy pod zakładką romans i dla nastolatków, jednak jeśli ktoś woli np. fantastykę, to niech się nie martwi. Znajdzie coś dla siebie (fantasy jest tam po prostu cudowne; zastanawiam się czemu nikt niektórymi osobami piszącymi pod ten gatunek nie jest zainteresowany).

Można mnie znaleźć na wattpadzie pod pseudonimem KsiezniczkaJulia. Konto założyłam bodajże rok temu i kompletnie nie wiedziałam o co tam chodziło. Na początku służyło mi jako pewnego rodzaju unikatowa biblioteczka, później podjęłam próby samodzielnego tworzenia, lecz pierwsza opowieść zatrzymała się na etapie jednego rozdziału (nie mam pomysłu na dalszy ciąg). Niedawno postanowiłam podjąć próbę od nowa, ale z czystą kartą. Tak powstało drugie opowiadanie, które mam nadzieję, że będzie miało ciekawą fabułę.

Ostatnia pora
Ostatnie z moich opowiadań- Ostatnia pora
Herbata Luizy (zawieszone)
Pierwsze opowiadanie- Herbata Luizy

Wattpad służy nie tylko do tworzenia czegoś własnego. Może być także miejscem poznawania się młodych ludzi, którzy chcą wymienić własne spostrzeżenia. Jeśli mamy uwagi odnośnie jakiegoś opowiadania bądź chcemy takowe pochwalić, mamy możliwość skomentowania tego i dodania "gwiazdki". Z tego, co się orientuję, są na tej stronie organizowane także konkursy i zakładane pewnego rodzaju "kluby". Nie korzystałam z żadnej z tych opcji, ponieważ te strony są stworzone w języku angielskim, a ja wolę nie pomylić się w czymś i nie mieć potem problemów.

A do czego Wam służy wattpad? Piszecie coś? Podzielcie się swoimi opowiadaniami w komentarzach:)

niedziela, 29 maja 2016

Czasami trzeba zrobić coś niewyobrażalnego

Cecile de Troyes jest niezwykle utalentowaną wokalnie dziewczyną, mieszkającą na wsi. W przeddzień jej wyjazdu do Trianon, do matki, zostaje porwana przez swojego znajomego i uprowadzona do zapomnianego, skalnego miasta Trollus, zamieszkanego przez trolle. Od tego momentu jej życie diametralnie się zmienia. Zostaje poślubiona księciu Trollus, który od początku ich znajomości traktuje ją obojętnie, jak przedmiot, którym są ludzie dla trolli. Cecile pragnie uciec jednak powstrzymuje ją przed tym przywiązanie do własnego życia, a po pewnym czasie także... Uczucie, jakim zaczyna darzyć księcia Tristana. Wraz z poznawaniem jego osobowości, odkrywa, że jest on zupełnie inny a pod przykrywką gburowatego młodzieńca skrywa się uczuciowy chłopak, pragnący zmiany na lepsze. Dziewczyna powoli zdaje sobie sprawę, że jej obecność tutaj jest nie tylko wymysłem starej ciotki chłopaka, ale nadzieją wolności, zapowiedzianej w przepowiedni, której trolle pragną od samego początku rzucenia przez czarownicę na ich miasto klątwy.

Cecile w miarę przebywania wśród trolli zaczyna rozumieć politykę ich miasta i intrygi z nią związane. Jej charakter zostaje poddany próbie, a ona sama przestaje być jedynie córką rolnika, marzącą o karierze pieśniarki w Trianon. Staje się księżniczką Trollus, będącą równocześnie kruchym człowiekiem, marnym robakiem w oczach króla. Dla mieszkańców miasta, zwłaszcza mieszańców, jest kimś więcej. Jest nadzieją. Odkrywa w sobie także potężną moc, o jakiej nie miała pojęcia. Wkrótce każdy będzie szeptał: to czarownica.

Porwana pieśniarka autorstwa Danielle L. Jensen, to książka, w której się bezwarunkowo zakochałam, a losy Tristana i Cecile śledziłam, nie mogąc się oderwać, chociaż tuż obok niemo przypominały o sobie obowiązki szkolne (ugh, czekam na wakacje). Akcja toczyła się szybko, dzięki czemu nie usypiałam podczas lektury. Osoby, które się lękają takiego tempa, uspokajam: otrzymujemy krótki wstęp, po którym Cecile przenosi się do Trollus, a wraz z tą zmianą miejsca autorka zaczyna stopniowo wprowadzać  napięcie, dzięki czemu wciągamy
się, tracąc poczucie z rzeczywistością.

Danielle L. Jensen stworzyła bezsprzecznie wspaniałe, podziemne miasto trolli, pozostające na długo w pamięci. Język, jakim się posłużyła, jest przyjemny i łatwy, a mimo to potrafi wprowadzić czytelnika w baśniowy, niemal legendarny świat, utworzony w jej własnej głowie. Podziwiam pisarzy, uznających prostotę pisania, bez żadnych zawiłych skrótów myślowych, ponieważ sztuka tworzenia czegoś uniwersalnego, będącego jednocześnie kluczem do naszej wyobraźni, jest trudna i zaledwie garstce się ona udaje.

Odkąd przeczytałam Rywalki Kiery Cass ciężko mi było znaleźć coś równie wciągającego, coś, co by mnie pochłonęło bez reszty i z wyczekiwaniem chciałabym do tego wrócić. Porwana pieśniarka na pewno jest książką, której szukałam od tamtej chwili. Danielle L. Jensen udało się w perfekcyjny sposób omamić czytelnika geniuszem swej książki: językiem, baśniową historią i niedokończonym wątkiem, którego ciąg dalszy mamy poznać w Ukrytej łowczyni. Zabrakło mi tam jedynie odrobinę bardziej wykreowanych postaci głównych. Odniosłam wrażenie, że były one marionetkami, stworzonymi z atramentu pani Jensen, lecz bez przeszłości i wyraźnie zarysowanych cech charakteru. poza tym nie mam do czego się przyczepić i z niecierpliwością czekam na lipiec i moment, w którym wyjdzie druga część trylogii Klątwy.

***

- Jestem córką słońca - powiedziałam, a w głowie kłębiły mi się myśli.

- Jesteś bystrzejsza niż mogłoby się wydawać.
- Ale magia nie zadziałała. Złączyłeś się ze mną, a klątwa nadal jest w mocy.
- Znów masz rację. Przypomnij mi, żebym wybrał cię do drużyny, kiedy będziemy bawić się w kalambury. Lubię mieć silną drużynę.

niedziela, 22 maja 2016

W ramionach gwiazd

Ikar jest największym i najwspanialszym galaktycznym statkiem, jaki kiedykolwiek w niej istniał. Podróżuje na nim Lilac LaRoux- księżniczka, a zarazem córka najbogatszego człowieka, i Traver Merendsen- niedawno awansowany na wysokie stanowisko wojskowe młody bohater wojenny. Poznają się podczas zbiegu okoliczności, lecz już na następny dzień, z powodu uprzedzeń, dziewczyna musi przerwać tę znajomość. Wkrótce potem dochodzi do awarii. Pasażerowie muszą przenieść się do kapsuł, mających ich uchronić przed śmiercią. W momencie, kiedy wszyscy tam zmierzają, Lilac zostaje porwana przez tłum i odłączona od swych ochroniarzy. Ratuje ją nie kto inny, jak sam major Merendsen. Niestety, jest już zbyt mało czasu, aby sam mógł przenieść się do własnej kapsuły. W ostatniej chwili udaje się im opuścić likwidujący się samoistnie statek i udać się w hiperprzestrzeń. Jednak szczęście nie trwa wiecznie. Orientują się, że coś jest nie tak z lotem kapsuły i lądują na nieznanej im dotąd planecie. Major podejrzewa, że jest to jedna z planet terreformacyjnych. Dziwi go jedynie, że planeta nie jest dostosowana do bezpiecznego przebywania na niej. Już wkrótce mają się przekonać, że nie każda iluzja jest fałszywa i nie wszystkim powinno się ufać, zwłaszcza najbliższym.

Amie Kaufman i Megan Spooner stworzyły książkę
o niespotykanej dotąd przeze mnie fabule. W ramionach gwiazd jest bezsprzecznie czymś zachwycającym. Widząc promocję tej książki, myślałam w duchu, że będzie to kolejna schematyczna powieść młodzieżowa z usypiającym wątkiem głównym. Dlatego kiedy przymierzałam się do jej zakupu, stwierdzałam w końcu: nie, to nie dla mnie. Ostatecznie książka znalazła się na mojej półce chcę przeczytać i otrzymałam ją w prezencie urodzinowym. Moje pierwsze wrażenia? Dziwny styl pisania, którego na początku nie potrafiłam zrozumieć. Dopiero później zorientowałam się, że Merendsen jest przesłuchiwany, a ja poznaję retrospekcję kolidującą z jego zeznaniami. Rozumiem, że to taki urok tej książki, jednak według mnie autorki wprowadziły przez to zbędne zamieszanie.

Jak wspomniałam kiedyś w poście urodzinowym, zakochałam się w okładce książki. Na tle galaktyki znajduje się para, próbująca chwycić się za dłonie... I jak tu nie być sroką książkową? Zwłaszcza, kiedy tę scenę po skończeniu czytania można porównać do jednego z fragmentów powieści. Amie Kaufman i Megan Spooner udało się stworzyć ciekawe postacie, które są zbudowane na podstawie pewnego kontrastu: ona wywodzi się z elity, on ma dostęp do wyższej sfery tylko dzięki otrzymanym tytułom na wojnie; ona jest rozkapryszoną i uparta córką bogacza, on jest synem pisarki i nauczyciela... Można by tak wybierać i przebierać bez końca w porównaniach i doszlibyśmy do tego samego pytania, które często jest powtarzane po przeczytaniu tego typu książek: Co ich zatem połączyło? Odpowiedzieć nie da się na to jednoznacznie, trzeba to przeczytać, aby uzyskać satysfakcjonującą odpowiedź.

W ramionach gwiazd polecam serdecznie osobom, które lubią powieści w nietypowym stylu i z niespotykaną dotąd fabułą. Nie jest to typowa fantastyka (bo nazwałabym to bardziej połączeniem sience fiction z młodzieżówką), jednak jej elementy towarzyszą czytelnikowi przez cały czas, gdzieś w tle. Jeśli spodobała Wam się okładka, ale nie jesteście pewni, czy sięgnąć po tę powieść, to zapewniam Was, że niczego na tym nie stracicie, a jeśli Wam się spodoba, to nawet zyskacie. W ramionach gwiazd jest czymś zachwycającym na chwilę, ponieważ przeczytałam ją jakiś miesiąc temu i nie zagościła w moim sercu, jak np. Niezbędnik obserwatorów gwiazd.

Kiedy zdecydujecie się na tę lekturę pamiętajcie o jednym. 
Szepty istnieją, wszyscy o tym wiedzą. Nawet jeśli nikt nigdy niczego nie udowodnił, ludzie zawsze opowiadali historie o tym, co leży poza skrajem zbadanego wszechświata.

poniedziałek, 2 maja 2016

Dopóki nie zrozumiesz śmierci, nie zrozumiesz życia

Barcelona, lata osiemdziesiąte XX wieku. Óscar Drai mieszka w tutejszym internacie, a kiedy ma czas wolny, lubi spacerować urokliwymi uliczkami i poznawać ich naturę. Pewnego dnia wędruje do miejsca, do którego sprowadził go czarny kot i cudowny śpiew kobiety. Spotyka tam dziewczynę, lecz wystraszony nagłymi krokami i głosem mężczyzny, nieświadomie kradnie zegarek i ucieka. Po kilku dniach decyduje się go oddać właścicielom. Tak poznaje Germana i Marinę.

Od pierwszego wejrzenia Marina wydaje mu się być fascynująca, niezwykła, jakby była kimś nie z tego świata. Nic więc dziwnego, że zaczyna jej słuchać, niczym mentora, spijając każde słowo, traktując ją, jak narkotyk. Marina zaprowadza Óscara na jeden z zapomnianych cmentarzy i karze mu czekać na osoby, odwiedzające swych zmarłych bliskich. W końcu przychodzi w to miejsce pewna kobieta, ubrana cała na czarno i niosąca w dłoni czerwoną różę. Nie byłoby w tym nic tajemniczego, gdyby nie fakt, że... Na nagrobku nic nie jest napisane. Widnieje na nim jedynie czarny motyl. Kiedy odchodzi, Marina wraz z Óscarem postanawiają ją śledzić i docierają do zaniedbanej oranżerii, skrywającej pewien sekret. U sufitu powieszone są niedokończone i makabryczne marionetki, będące idealnym odzwierciedleniem ludzkich postaci. Na biurku natomiast leży album. Znajdują się w nim fotografie osób poszkodowanych przez naturę, będących chorymi na rozmaite zniekształcenia. 
Od tej pory próbują rozwiązać zagadkę Michala Kolvenika i jego tajemnicę, której nie zabrał ze sobą do grobu.

Marina autorstwa genialnego Carlosa Rufiza Zafóna to powieść nietuzinkowa, z jaką spotkałam się po raz pierwszy. Sam zamysł stworzenia takiej fabuły graniczy według mnie z niemożliwością, a poprowadzenie jej - cudem. Panu Zafónowi udało się to perfekcyjnie. W trakcie czytania przenosiłam się w ciemne uliczki Barcelony i odczuwałam emocje zbliżone do odczuć bohaterów. Nie powiem, w niektórych scenach dreszczyk przechodził po plecach. Ktoś tak nie uważa? A chcielibyście się znaleźć w pokoju z żywymi robotami w ludzkiej postaci, które nie są wykończone? No właśnie.

Carlos Rufiz Zafón stworzył nie tylko wspaniałą opowieść, lecz także poruszył w niej pewne ważne kwestie, mówiące, że życie nie zawsze jest usiane różami. Mianowicie chorobę osoby, którą kochamy. Poprowadził ten wątek w sposób subtelny, jednak w końcowym momencie cały ból, do tej pory mocno przyczepiony do sufitu, nagle zwalił się na moją głowę. Ciężko było mi się rozstać z tą postacią, bowiem liczyłam na jakiś cud, który umożliwi jej dalsze życie. Niestety, takiego nie było.

Z twórczością tego autora spotkałam się pierwszy raz, a wcześniej słyszałam o nim wiele dobrych opinii. Nie chciałam wtedy oceniać książek po okładce ani po opisie, bowiem strasznie bym się pomyliła. Marinę wypożyczyłam z czystej ciekawości i nawet nie liczyłam na tak niesamowite wrażenia, jakich dostarczyła mi ta książka. Niezmiernie mi się spodobało podejście Zafóna do życia i śmierci. Ludzie chcą przedłużyć swój żywot na wszelkie możliwe, czasem wręcz graniczące z paranoją, sposoby. Nie zauważają jednak tego, co by z tego wynikło. Autor według mnie ukrył w swej powieści pewne nieme przesłanie: powinniśmy pozwolić odejść niektórym osobom, nie trzymając ich na siłę przy nas. Tak samo, jak powinniśmy pozwolić przeminąć naszej młodości i spokojnie stać się staruszkami, oczekującymi śmierci, jak starej przyjaciółki, nie żywiącymi do niej jakichkolwiek pretensji. 

Jedni się rodzą dla radości, a inni dla nocy i ciemności

Do czego mogą doprowadzić cygańskie przesądy, w które stricte wierzą mieszkańcy pewnej angielskiej miejscowości?
Czy Cyganka przepowiada prawdę, czy może jej proroctwa są przeplatane intrygami?

Michael jest lekkoduchem i utracjuszem. Pracę i kobiety zmienia, jak rękawiczki. A jednak kiedy spotyka Ellie Guteman coś w nim pęka. Obydwoje zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, a ma to miejsce przy... Cygańskim Gnieździe, ziemi przeklętej przez Cyganów. Wkrótce ich romans nabiera tempa i z pomocą opiekunki Ellie - Grety - biorą ślub cywilny, a następnie wykupują ów wyklęty dom.

Ich życie wydaje się być perfekcyjnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności: mają siebie, nowo wybudowany przez przyjaciela Michaela - Santonixa - dom marzeń oraz mnóstwo perspektyw na przyszłość. Jednak ktoś marszczy te wizje. Tą osobą jest stara Cyganka Lee, która bez przerwy depcze im po piętach i przepowiada wielkie nieszczęście. Dodatkowym balastem zdaje się być rodzina Ellie, która nie potrafi pogodzić się z wybrankiem serca dziewczęcia i cały czas węszy w jej związku jakiś spisek. Lecz czy mają rację? Czy ich podejrzenia są słuszne, kiedy dziedziczka fortuny ginie w niewiarygodny sposób podczas przejażdżki konno? Jeśli nie, to kto stoi za śmiercią Ellie, starej Lee oraz Claudii Hardcastle?

Noc i ciemność to drugi kryminał spod pióra pani Agaty Christie, który miałam przyjemność czytać i powiem, że byłam pod wrażeniem. Być może gdzieś już wspomniałam, że lubię bawić się w detektywa. Tutaj robiłam to samo: szacowałam, kto mógł stać za zabójstwem, jednak... Cały czas przeoczałam coś niezwykle ważnego, a wynikiem tego było zupełne zaskoczenie zakończeniem historii i poznaniem mordercy. Zwracam więc honor Christie: może nie tworzy czegoś niezwykle skomplikowanego, lecz na pewno wciągającego oraz niespotykanego, a Noc i ciemność zalicza się do tego typu utworów.

Szczególnie przypadła mi do gustu narracja: historię mezaliansu opowiada jeden z jego głównych bohaterów- Michael. Nadaje to kryminałowi niezapomniany nastrój i klimat oraz miejscami sprawia, że czytelnik zaczyna postrzegać tę historię, jako coś, co sam przeżywa i odtwarza we własnych wspomnieniach. Dopiero pod koniec zostaje wyrwany z letargu, kiedy dochodzi do ostatniej zbrodni, i zaczyna widzieć niektóre sytuacje zupełnie z innej perspektywy: z perspektywy psychopaty.

Czy polecam książkę? Zdecydowanie tak. Autorka podarowała nam w niej wiele niezbędnych rad, będących jednocześnie kolejnym dowodem na to, jak pazerni potrafią być ludzie oraz do czego może to doprowadzić. Często spotykam się z opinią o schematycznym sposobie pisania Agaty Christie, której niekiedy zdarzało się tworzyć coś zupełnie odmiennego niż wcześniej. Coś, co było powiewem świeżości w kryminałach na jej koncie. Jeśli tak jest, to do świeżości należy bez dwóch zdań Noc i ciemność, którą wręcz pokochałam.