piątek, 4 listopada 2016

To pewnie bzdura. To znaczy... No przecież masz nos.


Harry Potter i przeklęte dziecko to gratka dla Pottermaniaków. Kolejna część świetnych doznań w magicznym świecie czarodziejów i ponowny powrót do Hogwartu, a wraz z tym - czasów dzieciństwa większości z nas. Jednak czy warto wiedzieć, co było dalej? Czy J.K. Rowling nie powinna już sobie odpuścić i wymyślić jakiejś nowej serii powieści fantasty, która porwie w papierowe ramiona młodzież i zamknie ją w nich na długo? Jednak zanim zawyrokuję, przedstawię Wam książkę w kilku słowach. Zapraszam na recenzję ósmej historii ze Świata Czarodziejów, ale dziewiętnaście lat później!

Harry Potter jest statecznym mężem i ojcem, jakiego mogliśmy zobaczyć w epilogu Insygni śmierci. Nigdy nie miał łatwego życia: w końcu cały swój okres szkolny przeznaczył na walkę z czarną magią. Obecnie pracuje w Ministerstwie Magii, jako... Nie, nie auror! Harry jest szefem departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów! 

Jednak dramat nie skupia się na postaci słynnego Harry'ego Pottera, a na jego synu- Albusie Severusie Potterze. Poznajemy chłopca, kiedy rozpoczyna swoją naukę w Hogwarcie. Od samego początku wszystko idzie nie tak, jak powinno: trafia on do Slytherinu, zaprzyjaźnia się z Scorpiusem Malfoy'em, staje się opryskliwy... Ponad to wpada w konflikt z ojcem, a duchy z przeszłości zaczynają nawiedzać nie tylko Harry'ego, ale wplątuje się w nie też i Albus. Nadchodzą ponownie mroczne czasy. Nikt nie wie, co się dzieje, jednak jedno jest pewne: nie wszystko wydaje nam się takim, jakim jest naprawdę.

Harry Potter i przeklęte dziecko nie jest książką, w której się zakochałam. Jakoś tak... Dziwnie mi było czytać coś, co zupełnie inaczej sobie wyobrażałam. W mojej głowie rozkwitła po przeczytaniu Insygnii śmierci wizja tego, że Albus trafi na pewno do Gryffindoru, będzie wiódł spokojne życie, znajdzie wspaniałych przyjaciół, jak jego ojciec i potem ożeni się ze swoją najlepszą przyjaciółką, z którą będzie miał małe "Potterzątka". Tymczasem czułam się wplątana w świat wszelkich sprzeczności i niczym niepopartych zwrotów akcji. To było po prostu chore i dziwne. Mam ochotę zaspoilerować tutaj wszystko, co mi się nie spodobało, ale wiem, że osoby, które chcą to przeczytać, znajdą mnie i zadźgają zakładkami, więc sobie odpuszczę. 

Uważam, że nie należy zwalać całej winy na Rowling, bo ona jest jedynie współtwórcą tego dramatu. Jednak to ona sprawiła, że nazwisko Potter do tej pory nie znika z ust dzieci, a także dorosłych. Rozumiem, że Przeklęte dziecko jest sztuką, jednak... Wydawało mi się, że będzie tam pełno magii. To złudzenie zostało rozwiane przez gorzki smak rozczarowania. W poprzednich powieściach chłonęłam całym sercem fabułę, zżyłam się z bohaterami. Nawet nie przypuszczałam, że kiedy dorosną, to staną się zwykłymi czarodziejami, bez choćby odrobimy ikry, za to z całą masą przyziemnych i nudnych problemów. Dodatkowo miałam wrażenie, że na nowo stworzono osobowości Hermiony, Rona i Harry'ego. Również ich relacje między sobą były godne pożałowania. Dialogi zupełnie bez polotu i nijak pasujące do nich. Czułam się tak, jakbym miała styczność z kimś, na kogo rzucono zaklęcie Confundus. Za to Albus... Dziecko, które pożegnałam w siódmej części było słodkie, urocze i kochane. Takie, że aż chce się je tulić i zapewniać, że wszystko będzie dobrze. To, które zastałam w Przeklętym dziecku jest jego zupełnym przeciwieństwem. Nie wspominam już nawet o wątkach, które w żadnym stopniu nie mogą się zgadzać z przeszłością. Według mnie to jest istna paranoja.

Książkę przeczytałam bardzo szybko, bowiem w dwa dni. Zastanawiałam się, czy w ogóle chcę ją skończyć, jednak moja przyjaciółka tak namawiała i przekonywała, aż w końcu uległam. Po skończeniu historii i happy endzie stwierdzam, że cała otoczka magii i czarodziejstwa zniknęła. Nie mam zamiaru przeczytać Przeklętego dziecka ponownie i chcę zapomnieć o tym, czego się z niego dowiedziałam, bo to jest takie... Ughh, no po prostu mózg paruje, jakie to chore! Wiem, że kiedy będę wracać do innych powieści o Chłopcu z blizną, to będę przypominać sobie wszystko to, co wydarzy się w dalekiej przyszłości i zacznę się denerwować. Denerwować tym, że tak zepsuli moje późne dzieciństwo (przeczytałam HP w tym roku). Czy jest coś pozytywnego, coś, co mnie rozbawiło? Dialogi podczas "potyczki" Harry'ego i Dracona oraz odrobinę Ron.

Nie chcę wywołać burzy hejtów na mnie, więc wybór, czy przeczytać Przeklęte dziecko, czy nie, pozostawiam Wam, Kochani. Jednak jeśli nie chcecie, aby Wasz mózg parował - nawet nie marnujcie czasu na oglądanie okładki (okładka swoją drogą może być jednym z plusów; jej wnętrze jest śliczne). Pozdrawiam Was ciepło i oznajmiam wszem i wobec, że powinnam tu pojawiać się już dość często! 
(Chyba, że nauczyciele się zmówią i będę miała natłok obowiązków!)
P.S.
Usunęłam wcześniejszy adres meilowy, przez co przepadło mi stare konto na lubimyczytac.pl. Nie martwcie się, założyłam nowe! 

środa, 12 października 2016

Dobry wieczór, moi Kochani!
Pierwszy post od niewiadomo jak długiego czasu oto się pojawił! I oto pojawiła się ta wiecznie rozkojarzona Książkoholiczka! (Nie musicie klaskać)
Pewnie myślicie, że przychodzę z recenzją... No cóż, po części macie rację, jednak nie tym razem. Jak zdążyliście się zorientować, zrobiłam sobie przerwę i może ona jeszcze trochę potrwać ze względu na szkołę, różnego rodzaju próby i moje ambicje na konkursy literackie/recytatorskie. Ale wrócę, przysięgam! W tym miesiącu, jeszcze przed targami w Krakowie, powinien pojawić się nowy wpis.
Pozdrawiam Was ciepło w te pochmurne dni! :)
Julia

wtorek, 23 sierpnia 2016

Kim jesteś, Dziewczyno z Pomarańczami?

Często zdarza się tak, że te najprostsze historie są tymi najtrudniejszymi i trafiają wprost do serca czytelnika. Dziewczyna z Pomarańczami z pewnością do takich powieści się zalicza.

Przed chwilą podszedłeś do mnie i spytałeś, co piszę na komputerze. Odpowiedziałem Ci, że list do mojego najlepszego przyjaciela. Może zadziwił Cię smutek w moim głosie, gdy Ci to wyjaśniałem, bo spytałeś: - To do mamy?
Chyba pokręciłem głową. - Mama to moja ukochana - odparłem. - A to jest coś zupełnie innego.
- A kim ja jestem?- spytałeś wtedy.
Złapałeś mnie w pułapkę. Ale wziąłem Cię tylko na kolana, nie odchodząc od komputera, mocno przytuliłem i powiedziałem, że jesteś moim najlepszym przyjacielem.

Pewnego dnia Georg przychodzi do domu po zajęciach w szkole muzycznej i zastaje w domu niespodziewanych gości: dziadków. Wkrótce powód się wyjaśnia. Babcia wręcza chłopakowi list od jego zmarłego przed jedenastoma latami ojca - Jana Olava. Pamięta on go jedynie z opowiadań matki, zdjęć i filmów. List przeleżał w dziecięcym wózku, pod podszewką. Wszyscy są zaciekawieni i zaintrygowani, ale chłopak ucieka z nim do pokoju i zamyka się tam na kilka godzin. W ten sposób poznaje on historię o tajemniczej Dziewczynie z Pomarańczami. Ojciec w trakcie opowiadania o niej zadaje Georgowi masę pytań na temat życia, śmierci, czasu: jednym słowem - istnienia. Inspirowany przeżyciami swojego ojca młodzieniec usiłuje sprostać jego oczekiwaniom i odnaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania, postawiwszy się w jego sytuacji.

Jostein Gaarder swoją książką pt. Dziewczyna z Pomarańczami podbił moje serce. List ojca Georga porusza w niezwykły sposób struny uczuć człowieka i problematykę życia. Wszelkie porównania i przemyślenia trafiają w samo sedno i sprawiają, że czytelnik zaczyna patrzeć na najbłahsze sprawy z zupełnie innej perspektywy. Z perspektywy kogoś, kto otrzymawszy największe szczęście od losu, umiera jednocześnie na prawie nieuleczalną chorobę.

To dobre choroby każą pacjentowi położyć się do łóżka natychmiast. Zła choroba z reguły potrzebuje długiego czasu zanim w końcu każe Ci fiknąć kozła i obali na ziemię na dobre. 

Ciężko pisać o książkach, które głęboko poruszają serce czytelnika i sprawiają, że w jego oczach pojawiają się łzy wzruszenia. Takie oto uczucia wywołała u mnie Dziewczyna z Pomarańczami. Urzekła mnie ona swoją prostotą, historiami wyjętymi jakby wprost z baśni, nieodłącznym przemijaniem, o którym tak często zapominamy. Myślę, że każdy, choć na chwilę, może zostać Georgiem, postawić się w jego sytuacji i odpowiedzieć indywidualnie na pytania zadane przez jego ojca, które niosą jasny przekaz: żyj najlepiej, jak potrafisz i podążaj za marzeniami, choćby tymi nieosiągalnymi.

Dziewczyna z Pomarańczami została napisana lekkim i przyjemnym dla czytelnika językiem, więc nie powinien się on męczyć, czytając ją. Przyznam, że sądziłam, iż historia ojca Georga, mająca podłoże filozoficzne, odepchnie mnie na samym początku, że zostanę przygnieciona ciężkimi sformułowaniami. Natomiast było przeciwnie: z każdym kolejnym zdaniem wciągałam się coraz bardziej i nie potrafiłam się doczekać odpowiedzi na pytanie: kim jest Dziewczyna z Pomarańczami?. Tajemniczy klimat, w jakim jest napisana ta powieść, dodał jej uroku. Jostein Gaarder wie, jak sprawić, aby czytelnik wzruszał się i po chwili śmiał, czego idealnym przykładem jestem ja w trakcie czytania jego książki.

To przykre, że historie, przekazujące najwięcej, są tak często pomijane i spychane w cień przez większość banalnych, a wręcz głupich opowieści. Nie są zauważane, a szkoda. Ja również nigdy bym nie poznała Dziewczyny z Pomarańczami, gdyby nie Jessie z bloga lifting- pages. Dzięki mojej skrytej w głębi duszy sroce okładkowej, postanowiłam za wszelką cenę zakupić w niedługim czasie tę książkę, nawet nie licząc na to, że tak ona mną wstrząśnie. Niekiedy żałuję wydanych pieniędzy na jakąś pozycję, ale w tym wypadku nigdy nie wypowiem takiego zdania. Dziewczyna z Pomarańczami w pełni zasługuje na docenienie i zyskanie po latach swego debiutu miana bestseleru. Myślę, że będę ją co roku czytała, przez co stanie się dla mnie taką samą tradycją, jak oglądanie Kevina w Boże Narodzenie. Mam nadzieję, że zawsze, kiedy ją odłożę, będę tęskniła do tego stopnia, aby przeczytać jeszcze raz tę historię. Ale obawiam się, że jeśli złamię utworzone przez siebie reguły, to czar baśni pryśnie. Więc chyba zastosuję się do rady pewnej mądrej osoby: Czasami w życiu trzeba umieć trochę potęsknić. I Wy, moi Drodzy, również o tym pamiętajcie:)

środa, 17 sierpnia 2016

Dlaczego nie Evans?

Bobby Jones, wybierając się na popołudniową grę w golfa wraz z doktorem Thomasem nawet nie przeczuwał, że wydarzy się coś niezwykłego. Zdziwieniem więc obydwu mężczyzn było ujrzenie na brzegu urwiska umierającego człowieka, którego ostatnimi słowami przed śmiercią było tytułowe pytanie: Dlaczego nie Evans? W czasie, kiedy doktor Thomas miał iść i poszukać pomocy, nasz główny bohater- Bobby został zobligowany do pilnowania ciała. Umówiony wcześniej z ojcem chłopak zaczyna się denerwować, kiedy doktor wciąż się nie pojawia. W pewnym momencie dostrzega wysuniętą z jednej z kieszeni fotografię najpiękniejszej kobiety, jaką kiedykolwiek widział. Tymczasem na horyzoncie pojawia się postać nieznajomego mężczyzny, przedstawiającego się jako Bassington- ffrench, który przyrzeka młodzieńcowi dopilnować, aby ciałem zajęły się odpowiednie osoby.

Wkrótce wiadomo, kim jest nieżyjący mężczyzna. To Alex Pitchard. Zidentyfikowanie go umożliwiła fotografia, znajdująca się w jego kieszeni i przedstawiająca panią Leonową Cayman- siostrę zmarłego. Na rozprawie u koronera Bobbyma przyjemność poznać państwa Caymanów, lecz jest zaskoczony wyglądem Leonowy, bowiem zapamiętał piękność z fotografii zupełnie inaczej. Ten drobny szczegół zrzuca jednak na winę czasu, odpowiedzialnego za zniekształcanie ludzi. Wkrótce potem dostaje propozycję pracy za granicą, którą odrzuca, ponieważ obiecał pomóc przyjacielowi w warsztacie. Przed swoim wyjazdem do Londynu zostaje otruty śmiertelną dawką morfiny, jednak ku zdumieniu wszystkich - przeżywa. Wtedy zaczyna się zastanawiać wraz ze swoją przyjaciółką- Frankie Derewent- czy śmierć w Marchbolt rzeczywiście była nieszczęśliwym wypadkiem, czy też posiada drugie dno. Czy nieżyjący mężczyzna był naprawdę Alexem Pitchardem? I kim do diabła jest tajemnicza kobieta z fotografii? Tyle pytań kłębi się w ich głowach, że w końcu zapominają o najważniejszym: dlaczego nie Evans?

To już trzeci kryminał Agaty Christie, jaki miałam przyjemność czytać i powiem, że jestem mile zaskoczona i zaczynam coraz bardziej przekonywać się do tej autorki. Pierwszy, jaki przeczytałam, czyli Zerwane zaręczyny (recenzja) uznałam za beznadziejny. Potem na urodziny dostałam Noc i ciemność (recenzja), a zakończenie tej książki mnie szczerze zaskoczyło, ponieważ się go nawet nie spodziewałam. W przypadku Dlaczego nie Evans? było podobnie. Christie tak namąciła mi w głowie nowymi tropami, że nie potrafiłam się w końcu połapać, kto jest winny. Mój wewnętrzny Sherlock został sprytnie przez nią uśpiony, czego jej winszuję, bo jak dotąd udawało się to tylko Doyle'owi.

Przyznam, że czytałam tę książkę kilka miesięcy, ponieważ cały czas mi coś przerywało i nie potrafiłam się zebrać ponownie do czytania. Jednak kiedy już to zrobiłam, to nie potrafiłam się od niej oderwać. Cały czas w mojej głowie krążyło pytanie: Kim jest tajemniczy Evans? Chciałam uzyskać odpowiedź jak najszybciej, ale zanim to nastąpiło, śledziłam z największą przyjemnością przebieg śledztwa Frankie i Bobby'ego. Do czynienia z intrygami miałam na każdym kroku, a każdy nowy trop sprawiał, że byłam jeszcze bardziej podekscytowana, chociaż prawie na nic on mnie nie naprowadzał. Nie potrafiłam nadążyć za tokiem myślenia panny Derewent i panicza Jonesa, co tylko spotęgowało zaskoczenie zakończeniem powieści.

Dlaczego nie Evans? zawiera w sobie wszystkie elementy powieści kryminalnej, o jakich może marzyć każdy ich miłośnik: romans, intrygi, niespodziewane zwroty akcji. To wszystko sprawiło, że zostałam wkręcona w wir fabuły, z którego nie potrafiłam i nie chciałam wychodzić (pomijam początkowe rozdziały; powód podany wcześniej). Christie idealnie wykreowała postacie i ich historie, dzięki czemu nie mdliło mnie od przesłodzenia ani zgorszenia. Zaczynam powoli rozumieć, czemu jest przez wielu uwielbiana i określana mianem Królowej Kryminałów. Sądzę, że niedługo i ja zacznę ją tak nazywać. Ale wracając do meritum... Czy polecam książkę? Polecam gorąco! Już sam tytuł sprawia, że czytelnik jest zaintrygowany, ale dopiero kiedy pozna on odpowiedź na tytułowe pytanie, zaczyna rozumieć zabawną ironię losu, jaką jest ona niewątpliwie.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Światło i mrok. Życie i śmierć. Gdzie jest moje miejsce?

Celaena Sardothien jest siedemnastoletnią zabójczynią. Najlepszą w całym Adarlanie. Jednak popełniła w przeszłości błąd, który zaważył na całym jej życiu. W wyniku spisku została złapana i zesłana na dożywocie do katorżniczej pracy w kopalni soli Endovier, gdzie, jak liczył król, miała umrzeć. Zdziwieniem więc był dla niej pewien dzień, w którym wyprowadzono ją z ciemnych korytarzy i przedstawiono księciu Dorianowi. Następca tronu zaproponował jej pewien układ, w którym stawką jest jej odzyskanie wolności po umówionym czasie, który miałaby poświęcić na usługiwanie rodzinie królewskiej. Jedynym haczykiem w umowie jest turniej, mający drogą eliminacji wyłonić prawdziwego Królewskiego Obrońcę.

Celaena po przybyciu do zamku jest ściśle chroniona, albo raczej to ludzie są chronieni przed nią. Kapitan gwardii - Chaol- zna jej występki z Endovier i nie dopuści do tego, aby zabójczyni podstępem poderżnęła komukolwiek gardło we śnie. Jednak po pewnym czasie podświadomie zaczyna jej ufać. Tymczasem w zamku zaczynają się dziać dziwne rzeczy, a uczestnicy turnieju zostają mordowani po kolei w brutalny sposób. Celaena składa obietnice nie tylko rodzinie królewskiej, ale także pierwszej królowie Adarlanu- Elenie, która każe jej powstrzymać mroczne siły, czające się w zamku.

Szklany tron jest niewątpliwie książką bardzo kontrowersyjną wśród książkoholików, a jej fabuła wiele razy była komentowana w niepochlebny sposób. Moim zdaniem pomysł na nią był bardzo dobry, ale autorka - Sarah J. Maas - gdzieś w środku się pogubiła i nie wykorzystała potencjału w pełni. Często miałam wrażenie, że obierając jeden kierunek nagle się rozmyślała i tworzyła coś zupełnie innego, coś, co nijak się miało do pierworodnej wersji. Przykładem tego są bohaterowie, którzy mnie strasznie irytowali. Celaena na początku została wykreowana na największą zabójczynię Adarlanu, a w następstwie poznajemy jej słabą stronę, jaka posiada kobieta mieszkająca cały czas w pałacu: zamiłowanie do pięknych sukni, rozkapryszenie, ulotność uczuć itp. Nie sądzę, aby jej mistrz Arobynn Hamel z niej tego nie wykorzenił, skoro na treningach potrafił być brutalny. Dorian to książątko wiecznie stłamszane przez swego ojca, które okazuje się nie być aroganckim dupkiem (zdziwienie?), ale posiada na zamku opinię kobieciarza, a kiedy poznaje pannę Sardothien zakochuje się w niej na zabój (tyle tu sprzeczności, że sama zaczynam się gubić, jaki on jest ;-;). Jedyną postacią, jaką polubiłam był Chaol, ale i on potrafił niekiedy działać na nerwy.

Sprzeczności i nielogiczności- tak mogę podsumować Szklany tron. Wiele słyszałam o tej książce i liczyłam na nieprzewidywalną fabułą, ciekawie wykreowane postacie i... To coś, co sprawia, że czytelnik potrafi się zakochać w bohaterach i śledzić z zapartym tchem ich losy. Rozczarowałam się. Przeczytałam książkę, która wniosła do mojego życia jedynie powiew świeżości pomysłu, którego potencjału nie potrafiła wykorzystać sama autorka, a szkoda.

Nie mogę jednak oceniać książki tylko pod względem błędów, ponieważ nie sprawiła mi ona przykrości. Czyta się ją lekko i szybko, co jest zaletą, kiedy jesteś Julią, na półkach zalegają ci kolejne kilkusetstronicowe tomy, a w drodze masz kolejne książki. Roztrząsałam wcześniej płytkość postaci, sprzeczność i nielogiczność ich charakterów, co do moralności się nie wypowiadam, bo można jej tam ze świecą szukać, a prawdopodobnie się jej nie znajdzie. Historia Celaeny mnie jednak wciągnęła (mimo, że sama bohaterka irytowała; ciężko to pojąć, wiem) i zamierzam ją kontynuować, a aktualnie czekam na moment, kiedy będę mogła kupić IV tom. Nie potrafiłam doczekać się wątków związanych z Eleną, a kiedy już się zdarzały, to były bardzo krótkie i czułam niedosyt. Mogę mieć jedynie nadzieję, że na samym końcu tej serii doczekam się postaci Eleny z nawiązką.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

BOOK HAUL (i nie tylko) - lipiec 2016






Witam Was wszystkich serdecznie,
W połowie lipca, kiedy wróciłam do domu, postanowiłam zamówić książki. Od dawna chorowałam na to, aby kupić kontynuację przygód Americi, a idealną ku temu porą są oczywiście wakacje. Jednak do grona moich chorób nie dołączyła Następczyni i Korona, ponieważ nie znoszę Eadlyn (tak, czytałam obydwie książki i uważam, że nie powinno być tych kontynuacji ;-;).









Jak to u Książkoholików bywa, postanowiłam zaokrąglić kwotę i wybrać jeszcze jedną, odrobinę tańszą książkę. Tak też się stało i od dnia dostarczenia przesyłki na jednej z moich półek stoi Dziewczyna z pomarańczami autorstwa Josteina Gaardera. Wprawdzie nie czytałam nigdy wcześniej książek tego autora jednakże zaciekawiła mnie okładka, którą pierwszy raz miałam przyjemność zobaczyć u mojej praktycznie pierwszej obserwatorki - Jessie z lifting-pages.









Poza książkami w paczce były także dwie cudowne zakładki, które z miejsca pokochałam. Dowiedziałam się po fakcie, że jest ich więcej, a podwójnym ciosem był fakt, że tę księgarnię można poprosić o większą ilość zakładek podczas zamówienia. No ale cóż... Wreszcie przestałam używać karteczek do zaznaczania stron.









Skoro jesteśmy przy zakładkach... 
W czerwcu wraz  z moją koleżanką  (i za jej namową) skusiłyśmy się na zakup tematycznych zakładek w epikboxie (czy jak to się odmienia ;-;). Mój wybór padł na Americę  i Sherlocka Holmesa ponieważ obydwie te postacie książkowe wprost uwielbiam *.* Zakładki są magnetyczne  i ślicznie wyglądają na zaznaczonej kartce. Aktualnie Sherlocka używam na kryminale Dlaczego nie Evans? autorstwa Agaty Christie, ale niedługo zawita on na opowiadaniach pana Doyle'a. A tak poza tematem... Widział ktoś ostatnio zwiastun nowego sezonu o Sherlocku? Ktoś z Was ogląda ten serial i też uważa, że Benedict Cumberbatch jest najlepszym z aktorów, którzy wcielili się w tę kultową postać?









Dodatkowo na moje półki wkradły się trzy pierwsze części cyklu Szklany Tron autorstwa Sarah J. Maas (niedługo recenzja pierwszego tomu). Są to książki, które nie spodobały się mojemu koledze a znał mój gust literacki i wiedział,  że ta młodzieżówka z wątkami fantastycznymi może mi przypaść do gustu, więc zwyczajnie się ich pozbył (a im więcej mam książek na półkach, tym jestem szczęśliwszym dzieckiem; może mi się kiedyś uda dogonić Anitę? Racja, to tylko marzenia ;_;).













W moje łapki wpadły też opowiadania kilkunastu autorów, zebrane w jedną książkę pt. Łóżko. Dostałam ją od mamy koleżanki. Nie wiem czego się spodziewać i co myśleć o tym prezencie. Z recenzji wynika, że autorzy przedstawili jeden z przedmiotów codziennego użytku na różne sposoby (a tak przynajmniej to zrozumiałam ja). I pomyśleć tylko, że wspomniałam o tym, iż trylogia o Grey'u jest beznadziejna ;-;








***
To byłoby wszystko. Niedługo na blogu pojawi się recenzja Szklanego Tronu oraz Dumy i uprzedzenia. Na koniec mam do Was pytanie być może o odległą przyszłość, ale sądzę, że większość z Was już dawno podjęła decyzję. Ktoś jedzie na XX Międzynarodowe Targi Książki do Krakowa? Ja wybieram się po raz pierwszy i powiem szczerze: nie mogę się już doczekać :D

piątek, 22 lipca 2016

Nie jestem wariatką

Świat ulega zniszczeniu. Ludzie głodują, a na ich biedzie zyskuje Komitet Odnowy.

Julia Ferrars jest siedemnastoletnią dziewczyną, która została zamknięta w zakładzie dla obłąkanych. Samotnie spędziła tu dokładnie 264 dni, ale pewnego poranka dowiedziała się, że przydzielają jej do celi współlokatora. Julia nie wie, co
o tym myśleć i kiedy widzi, że więzień współlokator jest mężczyzną, jest prawie pewna, że Oni chcą, aby zwariowała.
Od razu rozpoznaje w chłopaku swą dawną miłość- Adama Kenta. Sądzi, że on jej nie pamięta, lecz niedługo po ich pierwszym spotkaniu przekonuje się, że była w błędzie.

Adam jest jej jedyną nadzieją na wyrwanie się z okrutnych ramion Komitetu Odnowy, któremu stoi na czele Warner, pragnący wykorzystać dotychczasowe przekleństwo Julii jako swoją najskuteczniejszą i najniebezpieczniejszą broń, mogącą zapewnić mu zawładnięcie światem. Jednak dziewczyna po raz pierwszy postanawia się zbuntować i żyć tak, jak sama chce. Zwłaszcza, że wreszcie zobaczyła ptaka. Jest biały, ze złotymi prążkami na głowie, przypominającymi koronę. On lata.
To Adam.


Dotyk Julii to debiutancka powieść Tahereh Mafi. Jej fabuła osadzona jest w dystopii, której jedynym światełkiem w tunelu na odrodzenie jest Julia- dziewczyna, mogąca odmienić losy upadającego coraz szybciej świata. Tahereh Mafi nie stworzyła niczego nowego, co nie istniałoby wcześniej. Powieliła tylko sam konspekt tego typu powieści młodzieżowych: dystopia,
której ocalenie może zapewnić jedynie dziewczyna obdarzona jakąś niesamowitą mocą; w trakcie trwania fabuły owa panna zakocha tak nieszczęśliwie, że powstanie trójkąt miłosny, trwający aż do końca historii. Brzmi to jak odgrzewana woda, prawda? Jednak coś sprawiło, że autorka podbiła serca wielu czytelników na całym świecie. W tym po części i moje. Choć podbicie nie jest równoznaczne z zawładnięciem.

W książce szczególnie spodobały mi się metafory, które mimo swojej częstej górnolotności i groteskowości idealnie oddają stan psychiczny głównej bohaterki, co w następstwie przedkłada się na nasze osobiste wyobrażenie jej postaci. Sami bohaterowie są nieskomplikowani, a ich następne zachowania możemy łatwo odgadnąć. Tahreh Mafi stworzyła w ich osobowościach także pozory jednoznacznego dobra albo zła, jednak są one zachowane tylko i wyłącznie w pierwszej części (wybaczcie mi za ten spoiler, ale przeczytałam całą trylogię :c), więc nie zrażajcie się od razu :)

Co jest jeszcze na plus według mnie? Szybka i wciągająca akcja fabuły, która nie zostawia czytelnika w odmętach nudy
i senności, a sprawia, że przenosi się w te same miejsca, co bohaterowie i pozwala nam stawać się świadkami ich przygód dosłownie. Na ten efekt przekłada się również nieskomplikowany niczym język powieści. Klimatu dodają także przekreślone słowa, oznaczające w moim odczuciu prawdę i własne obawy, jakie stara się ukryć Julia przed światem
i przed samą sobą.

Reasumując... Dotyk Julii może nie jest najbardziej wybitną powieścią, jednak zawiera w sobie coś, co hipnotyzuje. Książka miejscami może wzruszać (choć ja takich objawów nie miałam), miejscami bawić, ale zawiera w sobie przede wszystkim coś pouczającego, coś, z czego możemy wysnuć własne wyobrażenia i wnioski, a każdy będzie zaczerpnięty
z innego elementu utworu pani Mafi. Jak wspomniałam wcześniej: nie powinniście oczekiwać od Dotyku Julii niczego zaskakującego, ponieważ historia panny Ferrars jest bazowana na starym i utartym schemacie. Możecie za to oczekiwać czegoś, co Was wciągnie do tego stopnia, że przeczytacie to jednym tchem. Z jakimi wrażeniami? To już pozostawiam
do ocenienia każdemu indywidualnie :)

Zostałam przeklęta. Mam niezwykły dar. 
Jestem potworem. Mam nadludzką moc.
Jestem narzędziem zniszczenia. Będę walczyć o miłość.